Powered By Blogger

czwartek, 21 stycznia 2016

Rozdział 17

- Ryszardzie! - wrzasnęła pani Smith.
- Co się dzieje?! - zdenerwowany wbiegł do pokoju.
- Rose zniknęła - zaszlochała kobieta - zostawiła list.
Mężczyzna wziął do ręki kartkę i szybko przeleciał tekst wzrokiem, następnie objął żonę ramieniem.
- Było to do przewidzenia. Rosalia jest już niemalże dorosła, a na jej barki spadła ogromna odpowiedzialność. To była jej decyzja i nie możemy z tym nic zrobić.
- Ale, ale jeśli coś jej się stanie? Nigdy sobie tego nie wybaczę - kobieta ukryła twarz w dłoniach - gdyby od nas dowiedziała się prawdy, może do niczego takiego by nie doszło.
Poklepał ją delikatnie po plecach.
- Nigdy się tego nie dowiemy. Nie może nas interesować co by było gdyby. Bądź dobrej myśli. Co już zaczęła, musi sama dokończyć. Nie mamy już na to wpływu.
Niewidocznym wzrokiem spojrzał w stronę okna. Mimo jego zaciętości w głosie, sam w głębi duszy, bardzo się bał o swoją jedyną wnuczkę.

~~~

Gorąca, a zarazem odprężająca kąpiel sprawiła, że wszystkie negatywne myśli i emocje, wyleciały ze mnie, niczym powietrze z przebitego balona. Poruszyłam ręką, sprawiając, że woda delikatnie zafalowała. W powietrzu unosił się uroczy malinowy zapach.
Dwa dni temu przyjechaliśmy do Waszyngtonu, do mojego dawnego domu, który stał opustoszały już od kilku miesięcy. Początkowo bałam się, że natłok wspomnień mnie przerośnie, jednak jest w miarę dobrze. Zanurzyłam się głębiej w wodzie, powodując kolejne mini fale.
Uriel przez te dwa dni stara się znaleźć jakieś dokumenty, które mają mu w czymś pomóc. Na moją niekorzyść nie chce mnie w nic wtajemniczyć.
Może Uriel zmienił lekko nastawienie do mnie, ale nie zmienił swojego charakteru. W dalszym ciągu jest sarkastycznym i cholernie upartym dupkiem.Myślę, że mógłby czasem ukazać więcej empatii.
Do moich uszu doszło głośne przekleństwo, zapewne mające znaczyć, że znowu nic nie znalazł.
Z ciężkim westchnieniem wstałam i sięgnęłam po ręcznik, którym następnie owinęłam całe ciało. Nachyliłam się i wypuściłam wodę z wanny, po raz ostatni zaciągając się zapachem świeżych malin.
Poprawiłam ręcznik i skierowałam swoje kroki w stronę sypialni, by się przebrać. Po drodze wpadłam na wściekłego Uriela.
- Brak mi już cierpliwości - zaczął, nie zauważając mojego zmieszania - te dokumenty muszą gdzieś tu być! No poprostu muszą! Ale nie potrafię tych pieprzonych papierów znaleźć. Cholera! Wszystko jest przeciwko mnie, zaraz wylezę ze skóry...!
Pierwszy potop słów wyleciał z jego ust i już miał się rozpocząć kolejny, kiedy zauważył moje mocne rumieńce.
- A tobie co.. - zrobił duże oczy, ale w mig zobaczył przyczynę - uaa Rose, trzeba było odrazu powiedzieć, że chcesz mnie pocieszyć - uśmiechnął się szelmowsko, zachaczając niby to przypadkiem o krawędź mojego ręcznika.
- Palant - warknęłam, robiąc się jeszcze bardziej czerwona.
Szybko go minęłam i trzasnęłam drzwiami mojego pokoju.
- Jaki on jest bezczelny - mruknęłam, patrząc na odbicie w lustrze.
Cicho westchnęłam i objęłam się ramionami.
James. Tak bardzo za tobą tęsknię. Zrobię wszystko co w mojej mocy aby ci pomóc, by cię uratować.
Zadrżałam. Delikatny podmuch wiatru sprawił, że na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka.
No tak. Zostawiłam otwarte okno. Podeszłam do niego, z zamiarem zamknięcia, jednak coś mnie powstrzymało.
Dwójka ludzi stała po drugiej stronie ulicy i uparcie wpatrywała się w drzwi wejściowe mojego domu. Głos uwiązł mi w gardle. Nerwowo zamrugałam oczami, a kiedy je otworzyłam - ich już nie było.
Szybkim ruchem zamknęłam okno i zasunęłam rolety. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam czarne, dresowe spodnie i czarną koszulkę na ramiączkach. Najszybciej jak potrafiłam, ubrałam się i zeszłam do gabinetu, gdzie Uriel w dalszym ciągu przeglądał kolejne sterty dokumentów.
- Ktoś obserwuje dom - pisnęłam, wpadając do pomieszczenia.
- Wiem - odpowiedział, nie podnosząc głowy znad kartek, które właśnie przeglądał.
Stanęłam jak wryta.
- Jak to wiesz? - wydarłam się na niego - zamierzałeś mi chociaż o tym powiedzieć?!
- Nie - odparł swobodnie - sama się o tym dowiedziałaś. Zresztą... dawałaś nam nieco więcej czasu.
- Słucham?
- Byli tak zajęci podglądaniem twojego pokoju i ciebie w nim, kiedy się niejednokrotnie przebierałaś, że ci idioci nawet nie zauważyli, kiedy naniosłem na dom specjalną ochronę.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Stałam jak zachipnotyzowana, tym co właśnie usłyszałam. Po chwili jednak się otrząsnełam, zacisnęłam dłonie w pięści i ruszyłam wściekła w jego stronę.
- Ty idioto.. jak mogłeś... jesteś nienormalny... - już miałam wziąć zamach, kiedy niespodziewanie poderwał się z miejsca, chwytając mnie za ręce i przypierając do najbliższej ściany.
- Spokojnie - wyszeptał mi do ucha - zawsze możesz się pochwalić, że to dzięki tobie jesteśmy teraz tu bezpieczni.
Wściekła zazgrzytałam zębami.
- Że to akurat ty musiałeś mi się wtrafić na anioła stróża - wysyczałam - chętnie bym się z kimś zamieniła, byleby być jak najdalej od ciebie.
- Nie przesadzaj - wymruczał delikatnie drażniąc moją skórę, czubkiem swojego nosa. Jednak uścisk na nadgarstkach, nie zelżał - jeszcze byś zstęskniła.
- Nienawidzę cię.
Spojrzał na mnie uważnie, po czym się odemnie odsunął. Upadłam na kolana. Spuściłam głowę w dół pozwalając, żeby włosy zakryły moją twarz. Dopiero wtedy dałam upust emocjom i po policzkach zaczęły spływać słone łzy.
- Jesteś beznadziejna - rzucił Uriel - powinnaś walczyć o swoje, a nie się poddawać. Jeśli tego nie zrobisz, nie masz najmniejszych szans, abyś przeżyła po wejściu do królestwa podziemi.
Pomału wstałam i na trzęsących się nogach pobiegłam do pokoju, gdzie rzuciłam się na łóżko, zanosząc się płaczem.
Byłam na niego taka zła. Jednak z drugiej strony miał rację. Jestem beznadziejna. Chociaż powiedział mi prawdę...
Spojrzałam na zegarek. Było grubo po godzinie drugiej. Delikatnie wyjżałam przez okno, jednak nikogo nie było.
Wolnym krokiem wyszłam na korytarz. Z dołu nie dochodził żaden dźwięk. Widocznie Uriel poszedł się już położyć. Nie wiedzieć czemu, nogi same skierowały mnie w stronę sypialni, na końcu korytarza.
Delikatnie otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Podeszłam do dużego łóżka i wyszeptałam
- Uriel?
- Mmm - usłyszałam w odpowiedzi.
- Nie potrafię zasnąć - zawahałam się - mogę wejść do ciebie?
- Mmm.
Uznałam to za "tak", więc bez namysłu wskoczyłam na miękki materac i przykryłam się kołdrą.
Już zasypiałam, kiedy wybudziła mnie myśl.
- Uriel... czy naprawdę oglądali mnie... nagą? - wyszeptałam.
- Głupia. Oczywiście, że nie. Już ja tego pilnowałem - jego duże orzechowe oczy wpatrywały się we mnie uważnie - zresztą... pierwszy, który cię zobaczy bez ubrań, to będę ja.
Delikatnie się zaśmiałam.
- Dobranoc - powiedziałam i odwróciłam się na drugi bok.
- Dobranoc i przepraszam za dzisiaj - wymruczał.
Po chwili poczułam jego silną rękę, na moim brzuchu. Byłam jednak zbyt zmęczona, by ją zepchnąć. Po paru chwilach zasnęliśmy wtuleni.

Znów byłam w Angelovillagio, na niewielkiej polanie otoczonej płaczącymi wierzbami. Pośrodku stał pomnik archanioła Gabriela. Zdezorientowana ruszyłam w jego kierunku. Nagle zza drzew wyszedł James. Ten James, którego tak dobrze znałam. Szeroko się do mnie uśmiechnął i rozłożył na boki ramiona. Szczęśliwa pobiegłam do niego i mocno się wtuliłam. Mimo, że był taki jak dawniej, to czegoś mi w nim brakowało. Czegoś, czego on nigdy nie miał. "Przepraszam" wyszeptałam odsuwając się od niego i spuszczając głowę. Jednak ten nie dawał za wygraną. Znów mnie przytulił. Wtedy poczułam coś jeszcze. Coś, czego przed chwilą w nim nie było. Podniosłam głowę w górę, przyglądając się uważnie jego twarzy. Nagle pobladłam. Jamesa już nie było. Jego miejsce zajmował Uriel.

Z głośno bijącym sercem, otworzyłam oczy. Zobaczyłam przed sobą ciemnoniebieską ścianę. Głęboko odetchnęłam. Przecież to było absurdalne. Kocham tylko Jamesa.
Usłyszałam obok cichy oddech. Zdezorientowana spojrzałam do tyłu. Uriel leżał na brzuchu, z głową skierowaną w moją stronę. Jego blond włosy były w takim nieładzie, że nie mogłam powstrzymać się od delikatnego uśmiechu. Wzięłam w palce jeden kosmyk, opadający na oko, i założyłam mu go za ucho.
Zabawne, pomyślałam, po wszystkim co wczoraj zrobił, nie potrafię się na niego gniewać.
Ważne, że przeprosił, szepnął mi cichy głosik w głowie. Zrezygnowana pokręciłam głową i po cichu, zaczęłam schodzić z łóżka. Na palcach podeszłam do drzwi i jednym sprawnym ruchem, szybko i bezszeleśnie je otworzyłam.
Umyłam się, przebrałam w świeże ubrania i poszłam szykować śniadanie. Trochę czasu zajęło mi stanie przed lodówką, lecz po chwili się zdecydowałam. Wyciągnęłam z niej jajka i mleko. Następnie podeszłam do wiszącej szafki, z której wzięłam sól, cukier i mąkę.  Zaczęłam ubijać białka z szczyptą soli, na twardą pianę. Kolejne składniki zmieszałam i dodałam stopniowo pianę z białek. Rozgrzałam patelnię i zaczęłam smarzyć naleśniki.
- Mm co tak pachnie? - usłyszałam głos, dochodzący zza pleców.
Podskoczyłam wystraszona, a naleśnik, który właśnie przewracałam, prawie spadł na ziemię.
- Nie strasz mnie - warknęłam, przykładając dłoń do serca.
- Przepraszam - uśmiechnął się, nalewając sobie soku - to co pichcisz?
- Naleśniki biszkoptowe - powiedziałam, nakładając pierwszego na talerz.
- Super. Umieram z głodu.
Po niecałych dziesięciu minutach zasiedliśmy do stołu, by w ciszy i spokoju zjeść śniadanie. Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia co do Uriela. Niby chamski, beztroski, pyskaty, sarkastyczny, a jednak jest w nim coś takiego co mnie do niego przyciąga i pozwala mu zaufać. I o nie. Nie jest to spowodowane, że jest moim aniołem stróżem. Co to, to nie. Potrafi do mnie dotrzeć, jak nikt inny. Mówi mi prawdę, nigdy nie kryje się z tym, co w danej chwili myśli. Jest tajemmiczy, ale nie odpychający. Uniosłam oczy znad naleśnika. Ma też ciekawy typ urody. Blondyn, średniej długości włosy, układające się każdy w inną stronę, delikatnie blada cera i ciemne, orzechowe oczy.
Te jego oczy to dla mnie wielka zagadka. Jakim cudem ktoś o jasnej karnacji i włosach, może mieć takie tęczówki.
Pokręciłam ze zrezygnowaniem głową. Niektórych rzeczy, nigdy się nie dowiem.
Wstałam od stołu i schowałam talerz do zmywarki.
- Idę pogrzebać na strychu - zwróciłam się, do kończącego naleśnika, Uriela - może tam coś znajdę.
- Ok. Zaraz do ciebie dołączę.
Kiedy wychodziłam, do moich uszu dobiegł mnie jego głos.
- Chociaż ciężko mi to przyznać, ale całkiem niezłe wyszły ci te naleśniki.
- Całkiem? - uniosłam brwi do góry, rzuciłam mu przelotne spojrzenie i wyszłam z kuchni.
Tak ciężko mu się przyznaje, że ktoś lepiej coś od niego zrobił, że dla mnie był to nie lada komplement.
Pomału weszłam po schodach na najwyższe piętro. Przedemną zamajaczyły się ciemne drzwi strychu. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi po plecach. Nigdy nie przepadałam za tym miejscem. Jak jedni boją się piwnicy, tak ja nie lubię strychów. Wzięłam głęboki oddech i odhaczyłam, lekko już zardzewiały, łańcuszek. Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Z mocno bijącym sercem, wsunęłam rękę do środka i zaczęłam szukać włącznika. Głęboko odetchnęłam, kiedy w pomieszczeniu zrobiło się jasno. Pewniejszym już krokiem weszłam po trzech schodkach do góry i znalazłam się wśród wielkich kartonów, skrzyń i mebli zakrytych białymi prześcieradłami. Podeszłam do pierwszego z brzegu kufra. Otworzyłam wieczko i znalazłam w środku ozdoby choinkowe. Ciężko westchnęłam. A czego chciałam się spodziewać? Przecież nie dostane niczego podanego na tacy. Chociaż bym się nie obraziła...
Przeszłam do kolejnego pudła. Były tam różnego rodzaju słoiki, miski i bardzo dużych rozmiarów garnki.
Przez kolejne piętnaście minut, nie było żadnej poprawy. W końcu usłyszałam głośne kroki na schodach.
- Dłużej się nie dało co? - warknęłam, nawet się nie odwracając.
W odpowiedzi usłyszałam głośny charkot.
Zdziwiona wstałam i zwróciłam się w stronę, skąd dochodził dziwny odgłos.
Przedemną stała dziwna postać, z poranioną i bez jednego oka twarzą.
Wrzasnęłam przerażona. Chwyciłam pierwszy z brzegu przedmiot i z całej siły cisnęłam w jego stronę. Stwór zrobił sprawny unik i ruszył w moją stronę. Zaczęłam uciekać jednak on był szybszy. Rzucił się na mnie i wylądowaliśmy na podłodze. Spanikowana zacisnęłam kurczowo powieki. Nagle rozległ się głośny śmiech. Zdziwiona delikatnie otworzyłam oczy i ujrzałam siedzącego na mnie ukrakiem Uriela. W ręce trzymał maskę.
- Ty idioto! - wrzasnęłam - mogło mi się coś stać! Mogłam zjechać na zawał! Jak śmiałeś!
Zaczęłam okładać go pięściami, na co ten jeszcze bardziej się roześmiał.
- Nie ma się z czego śmiać i złaź ze mnie!- krzyknęłam, zrzucając go na podłogę.
Szybko wstałam z zakurzonych paneli i otrzepałam spodnie.
Obrzuciłam go spojrzeniem i wściekła ruszyłam przed siebie. Jednak po sekundzie do głowy wpadł mi pewien pomysł. Dlaczego ma mu to ujść płazem?
Podeszłam do kartonu, którego zawartość wcześniej oglądałam i wyciągłam niewielkich rozmiarów pojemnik.
Kiedyś, jak byłam mała, odwiedził mnie o dwa lata starszy kuzyn. Był miłośnikiem kolekcjonowania, nie żyjących już owadów. Kiedy wyjeżdżał podarował mi jedno pudełeczko, ze swoim drogocennym skarbem, które potem wylądowało na strychu.
Odkręciłam wieczko.
W środku leżało kilka wysuszonych pająków i różnej wielkości, much. Na palcach podeszłam do siedzącego na podłodze chłopaka i szybkim ruchem, wysypałam na niego zawartość pojemnika. Część wylądowała na jego głowie, a druga część pod jego koszulką. Poderwał się z miejsca jak oparzony, a kiedy spostrzegł co się stało, spojrzał na mnie, z chęcią mordu w oczach.
- Nie żyjesz - mruknął, strzepując z siebie robaki.
Pisnęłam i zaczęłam uciekać. Najszybciej jak potrafiłam, wybiegłam ze strychu, pokonując kilka schodów i dopadłam drzwi łazienki. Tuż przed jego nosem, zatrzasnęłam je z hukiem i zamknęłam na zamek. Przez chwilę się mocował z klamką, jednak chwilę później chyba dał sobie spokój i usłyszałam jak schodzi na parter.
Odetchnęłam głęboko i usiadłam na klapie od toalety. - Otworzysz ładnie te drzwi, czy mam sobie sam poradzić? - podskoczyłam przestraszona, nie usłyszałam kiedy wrócił.
Przyłożyłam dłonie do ust, by nie wydać z siebie żadnego dźwięku.
- No cóż. To była twoja decyzja! - zawołał i zaczął majsterkować przy zamku.
Po kilku sekundach drzwi stanęły otworem.
- Nie zbliżaj się - wyjąkałam.
Uriel jednak nic sobie z tego nie robił. Był coraz bliżej i bliżej. Zerwałam się na równe nogi i próbowałam go wyminąć, jednak na to nie pozwolił. Nie pozostawił mi innego wyboru. Schowałam się w prysznicu czekając na odpowiedni moment. Kiedy był już dostatecznie blisko, włączyłam kran i skierowałam strumień w stronę chłopaka. Zdziwiony na chwilę zamarł, jednak szok minął i rzucił się w moją stronę. Zaczęliśmy wyrywać sobie natrysk prysznicowy, całkowicie mocząc siebie i wszystko wokół. Nasz śmiech słychać było chyba w całym domu. Kiedy emocje lekko opadły, Uriel powiedział:
- Wreszcie zaliczyłem z tobą prysznic. Co prawda, nie widziałem cię nagiej, ale to jeszcze kwestia czasu.
Dla podkreślenia słów, zsunął mi jedno ramiączko. Pogroziłam mu palcem.
- Niedoczekanie.
Głośno się zaśmiał i zaczesał mokre włosy do tyłu.
- Pomóc ci się przebrać? - zapytał, kiedy zmierzaliśmy w stronę sypialni.
Stanęłam na palcach i szepnęłam mu do ucha, najbardziej słodko jak potrafiłam:
- Spokojnie. Dam radę zabawić się bez ciebie - i zatrzasnęłam drzwi przed blondyna nosem, zostawiając go całkowicie osłupiałego.
Zachichotałam, kiedy usłyszałam jak mamrocze coś pod nosem. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej krótkie spodenki i bluzkę na krótki rękaw, która delikatnie odsłaniała mi brzuch. Mokre ubrania szybko zdjęłam i rzuciłam na podłogę. Włosy zawinęłam w ręcznik i dopiero wtedy poczułam ulgę. Jakie to cudowne uczucie, móc być znowu suchą. Podeszłam do lustra. Kątem oka, zauważyłam odbijający się w niej obraz. Nie wiem jakim cudem, ale go nie zauważyłam ani razu, odkąd tu przyjechaliśmy. Mama kiedyś powiedziała, że jest bardzo dla nas cenny, ponieważ kryje w sobie tajemnice. Uważałam to za bajki, ale teraz, po wszystkim czego się dowiedziałam o otaczającym mnie świecie, to nic nie było dla mnie niemożliwe. Swobodnym krokiem do niego podeszłam i delikatnie zdjęłam go ze ściany, powodując, że drobinki kurzu zawirowały. Ostrożnie położyłam go na dywanie i zaczęłam się mu przyglądać.
Na pierwszym planie widniał czarny zamek, otoczony drewnianymi chatkami. Zapewne miało to przedstawiać, niewielką wioskę. Z ciemnym kolorem zamku, kontrastowała biała postać, widniejąca w jednej z wież. Drugi plan zajmowały wzniesienia, pasące się bydła i pojedyncze drzewa.
Wzruszyłam ramionami. Nic nadzwyczajnego. Już miałam odwiesić obraz lecz coś mnie tknęło. Najdelikatniej jak potrafiłam, wyciągnęłam dzieło z ramy, którą chwilę później zaczęłam dokładnie oglądać. Nie pomyliłam się. Wewnątrz wsadzona była, zrulowana kartka. Z mocno bijącym sercem wybiegłam z pokoju, by poszukać Uriela.
Był w swoim pokoju. Nie pukając wpadłam do środka jak burza.
- Trzeba było przyjść chwilę wcześniej. Akurat założyłem spodnie - uśmiechnął się kpiąco - wiedziałem, że w końcu zmienisz zdanie.
- Co ty bredzisz? - warknęłam - lepiej zobacz co znalazłam.
Podałam mu papier. Jego twarz momentalnie spoważniała, a oczy zaczęły błyszczeć.
- Wreszcie cię mam - powiedział.
- Ekhm, rozmawiasz z kartką? - uśmiechnęłam się z politowaniem.
- Może - podniósł brew do góry.
- Chyba spadłaś mi z nieba - powiedział po chwili.
Tym razem, jednak do mnie.
- Myślałam, że ty już to zrobiłeś.
Oboje się roześmialiśmy.
- Ale tak na poważnie. Jesteś wielka. Jak ją znalazłaś?
Ppstukałam się w czoło.
- Główka pracuje, zdrówko dopisuje.
- Bardzo śmieszne - mruknął.
- A tak na poważnie. Miałam... przeczucie - wzruszyłam ramionami - powiesz mi co jest tak ważnego w tej kartce?
Skinął głową, bym za nim poszła. Rozłożył znalezisko na stole. Moim oczom ukazała się...
- Mapa? - otworzyłam szeroko oczy.
- Dokładnie. Jednak nie jest to zwykła mapa. Oprowadzi nas ona, po czeluściach Hadesu. Dzięki niej wtrafimy do kryjówki Finnicka i uratujemy twojego Jamesa.
Miałam wrażenie, że przy ostatnich słowach, lekko posmutniał. Jednak szybko to minęło. Nałożył na twarz, niewzruszoną maskę i stał wpatrując się w mapę.
- A.. - zawahałam się- wiesz gdzie jest wejście do piekła?
- Naturalnie. Myślę, że za dwa dni możemy już ruszać.
Skinęłam głową. Miałam już wyjść, jednak odwróciłam się do Uriela.
- A co będzie z ... nami?
- Wszystko będzie tak jak dawniej. Ty będziesz szczęśliwa z Jamesem, a my będziemy się nienawidzieć. Jednak dalej będę twoim aniołem stróżem i zrobię wszystko co w mojej mocy, aby nic ci się nie stało.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Delikatnie się tylko uśmiechnęłam i wyszłam z pokoju, pozwalając, aby gorące łzy, zmoczyły mi policzki.

sobota, 26 grudnia 2015

Rozdział 16

Pewna kobieta stała w cieniu wysokiego budynku. Kontem oka, uważnie obserwowała dwie postacie, idące w jej stronę. Chłopak był wysoki, umięśniony. Miał zabawnie rozwiane blond włosy, orzechowe oczy i wąskie usta. Znała go z widzenia i tak samo jak dziewczyna idąca u jego boku, mieszkał w miasteczku od niedawna. Partnerka podążająca koło niego miała średniej długości brązowe włosy z niebieskimi końcówkami, błękitne oczy i mocno czerwone, pełne usta. Obydwoje mieli na sobie plecaki, po których było widać, że są zapełnione. Szybkim krokiem kierowali się w stronę dworca PKP. Dziewczyna wyglądała na wielce zatroskaną i co chwile nerwowym wzrokiem rzucała za ramię. Wtem chłopak jej coś szepnął, na co pokiwała potakująco głową i przyśpieszyła kroku.
- A więc wyjeżdżasz? - szepnęła do siebie kobieta - tylko dziecko uważaj na siebie.


    ***


Po szkole wpadłam do domu jak torpeda i w pokoju, rzuciłam się do szafy jak głupia. Zaczęłam po kolei wyrzucać z niej rzeczy na łóżko. W ekstremalnym tępie, stos ubrań i innych przydatnych przedmiotów, zaczął rosnąć. Szybkim ruchem zgarnęłam wszystko do plecaka. Uriel obiecał, że zajmie się jedzeniem i napojami. Zapięłam porządnie plecak i wyszłam z pokoju zarzucając go sobie na plecy. Widziałam jak babcia siedzi w salonie nieświadoma niczego i beztrosko szydełkuje. Niepewnym krokiem do niej podeszłam.
- Nonna? - szepnęłam.
- Tak, drogie dziecko?
- Wiesz, że nie ważne co się stanie, to będę was cały czas kochać?
Spojarzała na mnie zza okularów.
- Oczywiście. My ciebie zresztą też.
- Nie martwcie się o mnie. Postaram się niedługo wrócić - schyliłam się i pocałowałam bacię w policzek - mam nadzieję, że wtedy wszystko zrozumiecie.
Odwróciłam się na pięcie i pędem wybiegłam z domu, zostawiając zszokowaną kobietę. Kiedy zrozumie sens moich słów, ja będę już daleko. Ukradkiem wytarłam łzę, spływającą samotnie po policzku. Swoje kroki skierowałam w umówione miejsce. Uriel już tam był i czekał na mnie spokojnie. Bez słowa ruszyliśmy przed siebie w stronę miasteczka. Musieliśmy dojść dość szybko na dworzec kolejowy, bo do odjazdu naszego pociągu pozostało zaledwie dwadzieścia minut. Szliśmy nie odzywając się do siebie. Każdy zajęty był swoimi myślami, jednak nagle poczułam ciężki wzrok na sobie. Pomału podniosłam głowę i rozejrzałam się wokół. Zdążyliśmy się już znaleźć w miasteczku i aktualnie szliśmy główną drogą. Z daleka zauważyłam sklep z ubraniami, gdzie niedawno byłam na zakupach z Katie i Alice. Potem poszłam za Urielem i ... o nie, jęknęłam w duchu.
Przed sklepem stała ta dziwna sprzedawczyni, która ostatnim razem nie spuszczała z nas wzroku. Zresztą teraz było podobnie. Poprostu stała i patrzyła.
- Rose - usłyszałam szept.
To Uriel się nademną pochylał.
- Nie patrz na nią. Wydaje mi się podejrzana. Poprostu przyśpieszmy kroku - w tym samym czasie postukał w zegarek, żeby wyglądało, że mówi mi o godzinie.
Przytaknęłam głową i przyśpieszyłam. Kiedy ją mijaliśmy odwróciłam głowę w stronę mojego towarzysza. Przez ciało przeleciał mnie prąd. Jej spojrzenie wywiercało mi dziurę w plecach. Poczułam jak ktoś mnie chcwycił za rękę. Zdezorientowana spojrzałam na Uriela, na co ten uśmiechnął się szeroko.
- Musimy przecież udawać parę. Znając twoje szczęście, jakiś palant się doczepi do ciebie, a ja chcę mieć w czasie podróży minimalne kłopoty.
- Znając moje szczęście? - rzuciłam na niego spode łba.
- No tak - zaśmiał się - przyciągasz kłopoty jak magnes.
- Dzięki - lekko się naburmuszyłam - wracając do podróży, zdradzisz mi, gdzie jedziemy tym pociągiem?
- Do Rzymu na lotnisko.
- Na lotnisko?!
- Jedziemy do twojego domu.
- Zwariowałeś? A nawet jeśli, to przecież biletów nie mamy.
- Nie doceniasz mnie - zabawnie podniósł jedną brew.
W geście poddania, usiosłam dłonie do góry.
- A jeśli mogę wiedzieć, to dlaczego tam jedziemy?
- Może tam być jedna wskazówka, jak szybko i bezboleśnie dostać się do czeluści piekieł.
- Bezboleśnie? Czy to metafora?
- Niestety nie - uśmiechnął się smutno i pokręcił głową - jeszcze tyle nie wiesz, o otaczającym cię świecie.
Ucichliśmy, gdy zbliżyliśmy się do wejścia na dworzec.


***


Po zajęciu osobnego przedziału, usadowiliśmy się wygodnie po przeciwnych stronach. Zauważyłam, że na dworcu jak i w pociągu, było zadziwiająco mało osób. Ale no tak. Kto normalny jeździ w środku tygodnia do Rzymu? Oparłam głowę o szybę i poczułam wielkie zmęczenie. Delikatnie przymknęłam oczy, powoli oddając się w ręce snu.
Kiedy się obudziłam, Uriela nie było w przedziale. Zaczęłam podziwiać widoki, jakie mijaliśmy. Lasy, samotne drzewa, pola, zwierzęta. Było tak pięknie, że sama z chcęcią bym się tam zatrzymała. Rozległ się dźwięk rozsuwanych drzwi przedziału.
- Już się obudziłaś? - usłyszłam znajomy głos - akurat przyniosłem małe co nieco.
Uśmiechnęłam się z wdzięcznością, patrząc jak Uriel rozkłada wszystko na stoliku. Po chwili wesoło gawędząc, zaczęliśmy wszystko pałaszować.
- Dlaczego niebieski? - zapytał z nienacka.
- Słucham?
- No włosy.
- Aa, poprostu to mój ulubiony kolor. Zresztą jako jedyny mi pasował - zaśmiałam się.
- Rzeczywiście. Do twarzy ci.
Pokiwałam głową, w geście podziękowania i dokończyłam jeść kanapkę.
- Opowiesz mi trochę o naszym świecie? I o tym gdzie idziemy?
Uriel spojrzał na mnie uważnie i odłożył widelec.
- Znasz mitologie grecką?
Pokiwałam głową.
- Świetnie - odetchnął - będzie ci to łatwiej ogarnąć.
- A więc... - zachęciłam go.
- Ludzie, którzy wierzą w jednego Boga - chwilę się zastanowił - mam! Chrześcijanie. A więc, oni są uczeni w szkołach, kościołach o jedynym bogu. I ludzie w to wierzą. Jak dobrze wiesz, są też inne religie, które są bardzo do siebie podobne. W każdej tkwi ziarnko prawdy, jednak prawda jest taka, że jest więcej bogów, a tam gdzie się udajemy, to jest to królestwo Plutona.
Zakrztusiłam się sokiem, który właśnie piłam.
- Hades? Czy ty właśnie próbujesz sobie ze mnie żartować?
- Nie - głośno się zaśmiał - wiem, że może to brzmieć lekko niedorzecznie, ale to najczystrza prawda. Nie masz wyboru. Musisz mi zaufać.
- A to co James opowiadał mi o Raju i o Bogu, który wypędził aniołów. Czy to są brednie?
- Oczywiście, że nie - oburzył się - poprostu nazwał najwyższego boga tak, jak ty posługujesz się jego imieniem.
- Więc jak ma na imię? - zapytałam.
- Uwaga! Teraz się zdziwisz - przeczesał palcami włosy - od tysiącleci ludzie wymyślali mu nowe nazwy, aż w końcu wszyscy i on sam, zapomnieli jak się nazywa.
- Więc posługuje się wszystkimi imionami? - domyśliłam się, unosząc brew do góry.
Kiwnął potakująco głową i zwrócił twarz w stronę okna, na chwilę się zamyślając.
Po chwili powiedział
- Mam nadzieję, że wiesz gdzie twoi rodzice trzymali w domu dokumenty.
- Nie rozumiem. Po co tam jedziemy i do czego potrzebne ci dokumenty moich rodziców? - zapytałam zdziwiona.
- Twoi rodzice dużo wiedzieli o tobie i twoim pochodzeniu. Możemy tam znaleźć przydatne informacje.
"Rzym. Stacja trzecia" rozległo się z głośników. Wstaliśmy składając stolik i pakując parę kanapek do plecaków. Poczuliśmy jak pociąg zaczął hamować, aż w końcu się zatrzymał. Wyszliśmy wprost na rozgrzany dworzec. Momentalnie rozpiełam bluzę i zaczęłam się wachlować dłonią.
- U nas tak ciepło nie było - mruknęłam.
- Taa - odburknął Uriel - góry jednak robią swoje.
Zaczęliśmy się przepychać przez zatłoczony przez turystów dworzec, aż wreszcie znaleźliśmy się na zatłoczonej ulicy Rzymu. Rozejrzałam się wokół i westchnęłam. Jak tu pięknie!
Niedaleko znajdowało się wielkie koloseum, ruiny forum romanum i fora cesarskie. Mimo iż wszystko w ruinie, to nadal zachwycało wielkością, pięknem i kunsztem. Przechodząc obok tych "dzieł" poczułam się jakbym cofnęła się do roku p.n.e. Nie minęło dziesięć minut, a my już dotarliśmy na lotnisko. Uriel zaczął wszystko załatwiać, a na końcu oddał nasze plecaki do luku bagażowego.

***

Podróż w samolocie minęła nam w miarę szybko, trochę dłużej postaliśmy przy wyciągu, który podawał bagaże. Jednak kiedy odzyskaliśmy to co nasze, ruszyliśmy poszukać wolnej taksówki.
- Resztę ty załatwiasz - powiedział Uriel, siadając na tylnym siedzeniu.
Ciężko westchnęłam i zajęłam miejsce obok kierowcy.
- Dzień dobry. Prosilibyśmy na ulicę Wielkiego Budowniczego 22a.
Facet pokiwał głową i pomału włączył się do ruchu drogowego. Przejechaliśmy obok Kapitolu, na co Uriel zagwizdał z podziwem. Stojąc w korku mruknęłam
- Tylko się nie przestrasz bałaganu.
Pół godziny później blondyn płacił kierowcy, a ja stanęłam przed domem i nie potrafiłam się ruszyć.
W mojej glowie pojawiło się wspomnienie wieczoru, kiedy czekałam na wracających rodziców. Miałam urodziny.  Późno w nocy zadzownili ze szpitala, że moi rodzice ulegli wypadkowi samochodowemu i nie przeżyli. W moich oczach pojawiły się łzy. Poczułam jak Uriel obejmuje mnie ramionami i mocno przytula. Lekko się uspokoiłam. Czułam się przy nim bardzo bezpieczna. Nawet bardziej niż przy Jamesie. Skarciłam się w myślach. Kocham Jamesa i jadę go uratować. On jest tym jedynym, mimo, iż mnie okłamał. Delikatnie wyswobodziłam się z objęć i zaczęłam szukać kluczy w plecaku. Po chwili je znalazłam. Głęboki oddech i sprawnym ruchem otworzyłam drzwi. Weszliśmy do środka i rozejrzeliśmy się wokół. Nic się tu nie zmieniło, jedynie meble przykryte były białymi płachtami.
- Pójdę do sklepu kupić coś na obiad - powiedział Uriel, wyciągając portfel i przeliczając pieniądze.
- Dobra. Ja tu trochę ogarnę i pójdę się wykąpać - powiedziałam dając mu klucze od domu.
Zamknęłam za nim drzwi na cztery spusty i rozejrzałam się wokół. Trochę roboty na mnie czekało. Sprawnymi ruchami ściągałam prześcieradła z mebli i  składałam w kostke, rzucając je do kąta. Następnie udałam się do mojego pokoju i otworzyłam szafę, wkładając do niej ubrania z plecaka. Kiedy wszystko było w miarę gotowe, otworzyłam okna, zabrałam świeże ciuchy, ręcznik i udałam się do łazienki, by wziąć prysznic.
Czułam jak woda cienkimi strumieniami spływała po moim ciele. Wszystkie mięśnie się rozluźniły. Po kąpieli ubrałam się w spodnie z dresu i luźny podkoszulek. Włosy spiełam w wysokiego koka i gotowa zeszłam na dół, skąd dolatywał smakowity zapach. Zastałam Uriela przy kuchnce gotującego makaron.
- Idź się wykąp. Zastąpię cię - powiedziałam - ręczniki są w szafie w przedpokoju na piętrze.
Obrzucił mnie przelotnym wzrokiem i uśmiechnął się kpiąco.
- Ładnie wyglądasz.
Zdzieliłam go ręką w bark, na co ten się zaśmiał.
- Spadaj - warknęłam.
- Jak sobie życzysz - ukłonił się teatralnie i oddał mi drewnianą łyżkę.
Zajrzałam do drugiego garnka. Gotował się tam sos pomidorowy. Po pięciu minutach spróbowałam makaronu. Idealny.
Dałam durszlak do zlewu i wlałam tam zawartość garnka. Odcedziłam makaron i wrzuciłam do sosu pomału mieszając. Zaglądnełam do lodówki. Uśmiechnęłam się szeroko. Pomyślał o wszystkim. Szybkim ruchem wyciągnęłam ser parmigiano i wsypałam go do miseczki. Naszykowałam w jadalni stół. Kiedy stawiałam spaghetti na stole, przyszedł Uriel. Włosy miał jeszcze wilgotne, zabawnie rozczorchane i ...
- Pozwolisz, że zostanę bez koszulki? Jest mi strasznie gorąco.
Pokiwałam głową i skupiłam się na nakładaniu obiadu, by nie zauważył rumieńców, które wyszły mi na policzkach.
Jedliśmy w ciszy, każdy zajęty swoimi myślami. Starałam się nie zwracać uwagi na umięśnioną klatę mojego towarzysza.
- Posejdon też jest? - przerwałam ciszę.
- Hę? Ach tak jest. To Tryton.
- Pozwól, że będę się posługiwała greckimi nazwami. Będzie mi łatwiej.
- Okej.
- Czy Hades i Posejdon, są naprawdę braćmi tego, no - nie wiedziałam jak to powiedzieć - najwyższego boga?
- Pluton i Tryton - mruknął pod nosem, na co ja posłałam mu mordercze spojrzenie - tak, są braćmi.
- Czyli próbujesz mi wmówić, że mitologia greków to nie bujda? - zwątpiłam.
- Tak - westchnął - już ci mówiłem. Może to niedorzecznie brzmi, ale będziesz mi musiała zaufać. Zgoda?
- Zgoda - westchnęłam, wstając od stołu i zanosząc swój talerz do kuchni.
Kiedy się tam znalazłam, moją uwagę przykuła fotografia.
Przedstawiała małżeństwo i małą dziewczynkę.. Byli w wesołym miasteczku i wszyscy szeroko się uśmiechali. Przypomniałam sobie tamten dzień. Był drugi tydzień wakacji, a ja miałam zaledwie dziesięć lat. Tamtego dnia do Waszyngtonu przyjechało wesołe miasteczko. Udaliśmy się tam we trójkę. Spędziliśmy w miasteczku cały dzień, kręcąc się na karuzelach i jeżdżąc kolejkami. Pod koniec dnia klaun zrobił nam to zdjęcie.
Smutna spuściłam głowę w dół.
Tak bardzo za nimi tęsknię. Odwróciłam się i spostrzegłam stojącego za mną Uriela. Nie czekając, aż coś powie wtuliłam się mocno w jego tors. Zdziwiony przez chwilę stał niezdecydowany, aż wreszcie mocno mnie objął. Sama nie wiem ile tak staliśmy. Może minutę, może pięć minut, może dwadzieścia. W końcu oderwałam się od niego.
- Przepraszam - szepnęłam - ale dalej nie potrafię sobie poradzić z tym, że ich już tu nie ma.
- Rozumiem - powiedział i pocałował mnie w czoło - idź usiądź ja pozmywam.
Parę sekund stałam zdziwiona gestem chłopaka. Przecież zawsze był dla mnie zimny, szorstki. Więc co się teraz stało? Może zadługo przebywa w moim towarzystwie i zdążył się do mnie przyzwyczaić? Nie wiem.
Zgodnie z jego poleceniem poszłam do salonu i się położyłam. Muszę przyznać - za dużo emocji jak na jeden dzień.



Chciałabym wszystkim życzyć Wesołych Świąt i Szczęśliwego nowego roku. :)

czwartek, 26 listopada 2015

Rozdział 15

Zdecydowanie za dużo ostatnio mdleję, stwierdziłam w myślach popijając gorące mleko.
Kiedy dziadkowie znaleźli mnie leżącą bez czucia na ziemi, nieźle się wystraszyli. Na ich szczęście, szybko odzyskałam przytomność, lecz kiedy znowu byłam bliska płaczu, powiedziałam im co widziałam za oknem. Dziadek podszedł do niego i uważnie je obejrzał. Powiedział, że nic nie ma na szybie i na pewno ze zmęczenia, tylko mi się to wydawało. Dla świętego spokoju pokiwałam potakująco głową, lecz ja wiedziałam swoje.
- Rosie przyszedł jakiś chłopak - powiedziała babcia wchodząc do pokoju - mówiłam mu, że źle się czujesz, ale on nie słuchał. Powiedział, że natychmiast musi się z tobą zobaczyć.
- Niech wejdzie - powiedziałam - to mój przyjaciel.
Babcia westchnęła ciężko i wyszła.
Usiadłam prosto poprawiając włosy. Pewnie Ruggero wpadł mnie odwiedzić. Po chwili usłyszałam delikatne pukanie do drzwi.
- Proszę - powiedziałam, wysilając się na przyjazny uśmiech.
Niestety. Myliłam się.
- Yhmm hej - nie wiedziałam jak zareagować.
W odpowiedzi usłyszałam lekko zachrypnięty śmiech.
- Nie obraziłbym się, gdybyś powiedziała 'dziękuję'.
Spłonęłam rumieńcem.
- Dziękuję - szepnełam, spuszczając oczy w dół.
Nastała chwila ciszy.
- O czym chciałeś porozmawiać?
- Myślę, że wiesz. - zawahał się - doszłem do wniosku, że powinnaś poznać prawdę, na temat tego co stało się z Jamesem.
Na chwilę przerwał, by się zastanowić. Po chwili ciągnął dalej.
- On nie był taki od początku, więc nie miej mu tego za złe, co się z nim stało. Zawsze mówił ci prawdę. No prawie zawsze. Starał się dbać o twoje bezpieczeństwo, mimo iż wiedział, że jeśli to będzie robił, będzie zagrożony.
- Co miałeś na myśli, mówiąc, że nie zawsze był ze mną szczery? - przerwałam mu.
- Nie był on twoim aniołem stróżem.
- A więc wszystko co mówił, że jestem córką Gabriela, że jestem wybrana, to to też były kłamstwa?
- Nie, to była prawda.
Pokiwałam głową, starając sobie wszystko poukładać.
- Mów dalej - zachęciłam go.
- Odkąd się urodziłaś, byłaś i jesteś w wielkim niebezpieczeństwie. James opowiadał ci historię czarnych aniołów, ich strącenia i zakazu zbliżania się do ludzi, pod względem fizycznym. Ale czy wiesz, że na dzieci aniołów i archanioła Gabriela, polują demony. Zostały one "wynajęte" przez archaniołów, którym nie podoba się, że człowiek może stać się kimś innym, kimś takim jak oni. Demony niestety nie same, zauważyły jak przy tobie kręci się James. Poczekały, aż będzie odpowiednia chwila i go złapały. Aktualnie w jego ciele nie ma jego duszy. Siedzi tam jeden z łowców, czekając do twojej godziny wyboru.
- Skoro czeka, by przeszkodzić w ceremoni, to dlaczego teraz mnie atakuje? I kim jest ten jego "Pan".
- Według niego jest to zabawne, że napędza ci niezłego stracha. Ale do ceremoni nie może ci niczego zrobić. Pan, hmm myślałem, że więcej już o nim nie usłyszę - zmartwił się.
- A więc? Co z nim jest nie tak?
- Pan, a raczej Finnick, był twoim poprzednikiem. Pamiętam jaki był dumny, kiedy odkrył, że ma anioła stróża, że jest synem archanioła. Lecz najgorsze zaczęło się parę dni, przed jego wyborem, kim chce zostać.
- Nefilim lub upadłym. - szepnęłam.
- Tak. Wtedy pojawił się jeden z demonów. Zaprzyjaźnił się z Finnickiem, a następnie przeciągnął go na swoją stronę, wmawiając mu, że jego ojciec, Gabriel, nie kocha go i mu na nim nie zależy. Przed nim niby miał dużo dzieci, wszystkich ignorował i miał w nosie. Kolejny bachor nie jest mu do szczęścia potrzebny. Chłopak wpadł w szał. Za namową demona zabił, swojego anioła i udał się do krainy cieni, by rządzić nad wszystkimi złema duchami. Nie słyszałem potem nic o nim. Aż do teraz. Mam za zadanie pilnować cię, by nie stała ci się żadna krzywda.
- Czy możesz mi powiedzieć kto jest moim aniołem stróżem?
- Tego sama się w końcu domyślisz i myślę, że nie będziesz z tego zadowolona.
Wstałam i ostrożnym krokiem podeszłam do niego. Starałam się wychwycić jego oczy, na które padał cień kaptura.
- Pokaż mi kim jesteś - szepnęłam błagalnie.
Zdziwony moją śmiałością cofnął się parę kroków wstecz.
- Proszę...
Z westchnieniem sięgnął po kaptur. Ściągając go, odsłaniał po kolei swoje jasne, blond włosy, orzechowe oczy i wąskie usta. Na sam widok serce zabiło mi mocniej.
- To ty?
Kpiąco się uśmiechnął.
- Jak widzisz.
Nagle poczułam, że wszystko jeszcze może się ułożyć, że on da radę mi pomóc.
- Miło się gadało, ale mała muszę już iść. Nie musisz mnie odprowadzać.
- Hej - uśmiechnęłam się ciepło - dziękuję ci za wszystko.
Miał już wyjść, kiedy nagle coś mu się przypomniało.
- Jakby co to jutro jest szkoła. Radzę ci iść i się niczego nie bój. Będę przy tobie. Tylko... lepiej żeby relacja, jaka jest między nami, się nie zmieniła - uśmiechnął się przepraszająco.
- Jak sobie życzysz - szepnełam.
Przez okno patrzyłam jak odchodzi,  z powrotem zakładając kaptur na głowę. Oparłam głowę o szybę wpatrując się tępo w niebo. Kolejne tajemnice, kłamstwa. Ciężko je poukładać w głowie, w logiczną całość. Zacisnęłam dłonie w pięści. Muszę pomóc Jamesowi, za wszelką cenę. Przymknęłam oczy, czując łzy pod powiekami. Do mojej ceremoni pozostał mi miesiąc. Mam czas, by się jakoś zorganizować. Ale nie pójdę sama. Pomoże mi w tym jasnowłosy. W końcu od tego jest, by mi pomagać, prawda?
~~~
Z ciężkim sercem siedziałam na przedostatniej lekcji. W końcu zabrzmiał dźwięk dzwonka. Zaczęłam pakować książki do plecaka. Kątem zauważyłam Uriela, który szybkim ruchem wszystko zgarnął i zmierzał, w kierunku drzwi. Obrzucił mnie szybkim spojrzeniem i uśmiechnął się kpiąco.
- Gotowa? - zapytał Ruggero, stając przed moją ławką.
- Prawie - mruknęłam.
W głowie miałam ułożony już plan.
- Muszę do toalety. Nie musisz na mnie czekać - powiedziałam do przyjaciela, kiedy szliśmy pod salę z angielskiego.
Skręciłam w stronę łazienek i poczekałam, aż się oddali. Następnie szybkim krokiem, ruszyłam na poszukiwanie wczorajszego gościa.
Przed salą gimnastyczną stał Uriel i rozmawiał z jakimiś dziewczynami z równoległych klas. Momentalnie usta zacisnęłam w cienką linię i podniosłam dumnie podbródek.
- Kogo ja widzę - zaśmiał się ironicznie.
- Musimy pogadać - warknęłam, a po chwili dodałam - w cztery oczy.
- Przepraszam drogie panie - zwrócił się do dziewczyn - ale ta mała osóbka chce ze mną porozmawiać, w cztery oczy.
Kilka osób zachichotało, na co ja rzuciłam im mordercze spojrzenie.
Odeszliśmy parę kroków.
- Słucham - powiedział, zakładając ręce na piersi.
- Dużo myślałam o tym, co mi wczoraj powiedziałeś. Nie pozwolę, by Jamesowi się coś stało. Muszę dostać się do siedziby Finnicka i...
- ...i nie wyjść z tamtąd żywa? - przerwał mi.
- Nie. Porozmawiam z nim. Może jakoś przemówię mu do rozsądku.
- Nie rozumiesz? To właśnie jego plan. Chce byś wpadła w jego sidła. Nie pozwolę ci, zbliżyć się chodźby na krok do niego.
- Nie pytam cię o pozwolenie. Poprostu tam pójdę, a ty razem ze mną.
- Niby dlaczego mam ci pomóc? - uniósł do góry brwi.
- Bo sam mówiłeś, że będziesz pilnować, by nic mi się nie stało, i... - zawahałam się - przecież nie znam drogi.
Uriel parsknął na to śmiechem.
- Czyli nic nie mogę zrobić, by cię oddalić od tego zamiaru?
- Nie.
Westchnął ciężko.
- Nie miej mi za złe, jeżeli się to nie uda. To misja samobójcza.
Delikatnie się uśmiechnęłam.
- Wiem.



Szybki, krótki rozdział. Dość sporo osób zadawało mi pytania na asku, kiedy następny rozdział. Więc się spiłam i coś tam napisałam. Bądźcie cierpliwi :) następny będzie dopiero za dwa tygodnie ;)

piątek, 20 listopada 2015

Rozdział 14

Ze specjalną dedykacją dla wszystkich czytelników i Madzi. Dziękuję wam, że poświęcacie trochę swojego czasu, aby przeczytać moje wypociny. Jesteście kochani :*



Nie był to jednak James jakiego znałam.
Jego twarz była strasznie zniekształcona. Oczy były mroczne - nie było widać tęczówek ani białek. Poprostu były czarne. Jakby ktoś wstrzyknął w nie atrament. Usta zaciśnięte tak mocno, że tworzyły ledwo widoczną linię.
Z niemałym zdziwieniem na twarzy odprowadziłam go wzrokiem.
Wtedy on się odwrócił i przeszył mnie spojrzeniem. A kiedy zobaczył, że go obserwuję, jak gdyby nigdy nic uśmiechnął się, ukazując rząd równiutkich białych zębów.
Poczułam wtedy jak nieprzyjemny dreszcz przebiegł przez moje ciało.
Co się z nim stało? Wyglądał jak... sama nie wiem. Jak jakiś nawiedzony. Czy to możliwe, że może mieć coś wspólnego z pożarem?
- Widziałaś Jamesa? - zapytał, jak gdyby nigdy nic Uriel.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
- Tak - odpowiedziałam, badawczo mu się przyglądając.
Ten jednak nic nie odpowiedział tylko pokiwał głową i zapatrzył się przed siebie.
- Mam dziwne wrażenie, że nikt go nie widział - powiedziałam po chwili ciszy.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Gdyby ktoś go jeszcze zobaczył, na pewno by zareagował. Przecież widziałeś jego... - zawachałam się - oczy.
- Niestety.
- Nie zdziwiło cię to?
Przez chwilę jakby się zamyślił.
- Widziałem go już takiego - wyszeptał - zaledwie parę dni temu.
Nagle podskoczył jak oparzony.
- Sory mała. Muszę już iść bo za chwilę przyjdzie tu twój kochaś.
- Rugg? On jest moim przyjacielem. Jako jedyny pozostał przy mnie, kiedy James mnie zranił.
- Nie ważne. Nie mów nikomu o naszej rozmowie, kapujesz? - spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.
Pokiwałam potakująco głową.
Patrzyłam jak się oddala.
Jego ruchy były pełne gracji, jakbym to już gdzieś, kiedyś widziała. Mimo, że od początku bardzo mnie denerwował, teraz musiałam przyznać, że po naszej rozmowie lekko zmieniłam do niego swoje nastawienie. Ale tylko trochę.
Kątem oka zauważyłam idącego w moją stronę Ruggera. Z kąd Uriel wiedział, że on przyjdzie?
- Hej. Jak się czujesz? - zapytał mnie.
- W miarę - uśmiechnęłam się delikatnie.
- Czego chciał od ciebie Uriel?
- Nic - odrzekłam, nie patrząc na przyjaciela - spytałam się go tylko, która jest godzina.
- No nie wiem - zmartwił się - wyglądałaś na lekko przestraszoną.
- Zdawało ci się - pokręciłam głową.
- Za dużo się mną przejmujesz - dodałam, wtulając się w jego tors.
Rugg tylko prychnął pod nosem i mnie objął.
Po pewnym czasie głos na boisku szkolnym, zabrał dyrektor.
- Przez dzisiejszy pożar, jesteście zwolnieni z reszty lekcji. Idźcie do domu. Na stronie szkoły napiszemy czy wszystko będzie w porządku, byście mogli przyjść jutro normalnie na lekcje.
Przez tłum uczniów przeszedł szum zadowolenia. Następnie wszyscy zaczęli zmierzać w stronę wyjścia.
- Heeej! - usłyszałam głośne wołanie za sobą.
Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam jak w moją stronę biegnie Katie, wymachując rękoma.
Ciężko westchnęłam. Jakoś nie miałam ochoty na pogaduchy.
- Cześć złotko - powitała mnie całusem w policzek - mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.
- Hm?
- W sobotę organizuję imprezę u mnie w domu - zaćwierkała podniecona - zaprosiłam prawie całą szkołę, a ty musisz przyjść, bo mi i Alice będzie bardzo przykro. Będzie jedzonko i nawet coś mocniejszego do picia się skołuje - mrugnęła do mnie - co ty na to?
- Muszę się jeszcze zastanowić.
- Proszę! Nie rób nam tego! Nasze trio musi być w całości.
Delikatnie się zaśmiałam.
- Och Kate. Ty nie odpuścisz, prawda?
- Prawda! - Zawołała z triumfalnym uśmiechem na twarzy.
- Dobra! Ja muszę lecieć, poinformować jeszcze kilku innych znajomych. Buzi - pomachała mi na pożegnanie i pobiegła przed siebie.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Ona chyba się nigdy nie zmieni.
W drodze na farmę, byłam całkowicie pochłonięta swoimi myślami. Na chwilę przed wejściem do domu, zawahałam się. Musiałam odwiedzić kogoś, u kogo naprawdę dawno, nie byłam.
Pewnym krokiem weszłam do ciemnego, pachnącego słomą budynku. Z radością zaciągnęłam się powietrzem. Tego właśnie mi brakowało. Zdrowego powietrza i niemałego relaksu.
Aramis drzemał w kącie swojego boksu. Przez chwilę, poprostu stałam i się mu przyglądałam. Pomyślałam sobie, że on jest naprawdę szczęśliwy. Żadnych zmartwień, problemów. Ma ludzi, którzy się o niego troszczą, karmią go, poją, czeszą. Czasami chciałabym być jakimś zwierzęciem. Udałam się do siodlarni po ogłowie dla Miśka. Miałam w planach jazdę na oklep - bez siodła.
Delikatnie otworzyłam boks, budząc go jednocześnie. Zadowolony pomachał głową i zarżał.
- Miło cię widzieć - powiedziałam, wtulając się w jego szyję.
Po niecałych pięciu minutach wyszliśmy z stajni i udaliśmy się, na znajdującą się niedaleko, małą halkę. Kiedy znaleźliśmy się w środku, szybkim ruchem wskoczyłam na jego grzbiet. Zaczęliśmy od małej rozgrzewki, potem przeszliśmy do galopów i skoków przez przeszkody. Zdążyłam na moment zapomnieć o dzisiejszym wydarzeniu, kiedy nagle rozległ się głos klaskania. Z wielkim przerażeniem zauważyłam stojącego przy drzwiach Jamesa. Wyglądał prawie  jak zawsze. Idealne rysy twarzy, delikatny uśmiech, jednak oczy pozostały czarne. Wzdrygnęłam się ze wstrętem, zatrzymując konia.
- Czego chcesz? - zapytałam niepewnym głosem.
- Porozmawiać - odparł, mrużąc powieki.
- Nie mamy o czym - warknęłam wściekła - możesz sobie już iść.
Zeskoczyłam z Aramisa i trzymając za wodze skierowałam w stronę wyjścia.
- Oj nie ładnie, nie ładnie - pokręcił głową, udając zasmuconego - musimy sobie kilka rzeczy wyjaśnić.
Starałam się nie zwracać na niego uwagi. Szerokim łukiem go mineliśmy i ruszyliśmy w stronę stajni. Nagle poczułam jak łapie mnie za ramię.
- A ty dokąd? - syknął - powiedziałem, że musimy porozmawiać i porozmawiamy.
- Nie zmusisz mnie do tego - warknęłam, wyszarpując się z jego silnego uścisku - puszczaj!
Jednak on nie słuchał. Po chwili coś huknęło, a James na chwilę zniknął mi z oczu. Po czasie go zobaczyłam. Szarpiącego się po ziemi z moim wybawicielem. Z moim wybawicielem w głębokim kapturze.
- Uciekaj do domu! - krzyknął w moją stronę, dobrze znany mi, ochrypły głos.
Nie kazałam sobie dwa razy powtarzać.
Pobiegłam odprowadzić Aramisa do boksu, następnie sama biegiem pokonałam trasę dzielącą mnie od domu. Kiedy drzwi się za mną zamknęły, mogłam odetchnąć pełną piersią. W przedpokoju przeczesałam palcami włosy, wzięłam kilka oddechów i udałam się przywitać z dziadkami.
- Cześć kochanie - uśmiechnęła się ciepło nonna.
- Hej - starałam się wymusić, na mojej twarzy, przyjazny uśmiech.
- Coś się stało? - zapytał dziadek, widząc moją niewyraźną minę.
Przecząco pokręciłam głową.
- Nic poważnego. Ktoś podpalił szkołę i dyrektor odesłał wszystkich do domu.
- To dla ciebie nic poważnego? - zawołałq babcia, z szeroko otwartymi oczami z przerażenia - dobrze, że nic ci się nie stało.
Wzruszyłam ramionami.
- Było, minęło. Co się stało, już się nie odstanie. Jest coś na obiad?
- Zapiekanka ziemniaczana. Idź umyj ręce, a ja ci ją podgrzeję.
Kiedy znalazłam się w łazience nachyliłam się nad zlewem by przepłukać twarz. Sięgnełam po ręcznik, a kiedy się wyprostowałam zobaczyłam coś w odbiciu lustrzanym, czego nigdy nie zapomnę. Za oknem stał James. Wyglądał jak rano. Wskazywał na mnie palcem i coś mówił, jednak kiedy zauważył, że nie reaguję zaczął pisać czymś czerwonym po szybie.
"Nie ukryjesz się.
Wszędzie cię znajdę.
Nie znajdziesz pomocy.
Pan nie może się ciebie już doczekać".
Nagle czerwona maź zaczęła spływać kroplami.
Była to krew.
Mój wrzask słychać było w całym domu. Usłyszałam szybkie kroki i otwierające się drzwi. Jednak ja zobaczyłam już tylko ciemność.

niedziela, 18 października 2015

Rozdział 13

OGŁOSZENIE PARAFIALNE!
Stwierdziłam, że będzie lepiej jeśli będę pisać to opowiadanie w pierwszej osobie. W komentarzach wyrazicie swoje opinie jak lepiej. Dziękuję :')


Jestem Rosalia Smith.
Z urodzenia jestem Polką i mieszkałam w dużym mieście - Waszyngtonie. Jednak po śmierci moich rodziców, byłam zmuszona przeprowadzić się do dziadków. Do Włoch.
Korzenie mojej rodziny pochodzą właśnie stamtąd, z małej, ale malowniczej i historycznej wioski Angelovillagio.
Z pozoru wydaję się normalną nastolatką, która przeprowadziła się w nowe miejsce i poszła do nowej szkoły.
Jak zwykła nastolatka interesuję się modą, sportem i jazdą konną.
A jednak to tylko pozory.
Nie martwcie się.
Sama żyłam w błędzie przez te wszystkie lata.
Dopiero niecały tydzień temu dowiedziałam się całej prawdy o mnie.
Prawdy, która zachwiała całym moim życiem.
Prawdy, dzięki której zobaczyłam świat pod innym kątem.
Tak. Jestem Nefilim. Pół aniołem, pół człowiekiem.
Może ciężko będzie ci w to uwierzyć, ale niestety to prawda.
Dlaczego niestety?
Ponieważ od początku, kiedy się o tym dowiedziałam, wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy.
Jedna z tych dziwnych rzeczy, dzieje się właśnie teraz.
Idę za osobą w kapturze, która od paru dni, mnie szpieguje. Może wydawać to się śmieszne, ale czuję, że dobrze robię. Coś mi podpowiada, że dowiem się czegoś co pomoże mi to wszystko bardziej zrozumieć.
Tajemnicza osoba co chwilę zerka przez ramię, jakby sprawdzając czy za nią idę.
Naraz zauważyłam coś dziwnego.
Powyżej nadgarstka, gdzie odsunął się rękaw bluzy, widzę malutki tatuaż. Mrużę powieki by zobaczyć co on przedstawia.
Moje oczy rozszerzają się tak, że chyba wyglądają jak para spodków.
Ma wytatuowane czarne skrzydła, obejmujące duży wilczy kieł.
Kątem oka patrzę ponad barkiem mojego prześladowcy.
Ze zdziwienia marszczę nos widząc, że prowadzi mnie wprost na rozległe pola, poza miasteczkiem, a więc i poza wzrokiem innych ludzi.
Nieprzyjemny dreszcz, właśnie przebiegł mi po plecach.
A jeśli źle robię?
Może to jakiś psychopata i poprostu chce mnie brutalnie wykorzystać?
Multum myśli przeleciało mi przez głowę w jednej chwili.
Zajęta myślami nie zauważyłam kiedy drętwiak się zatrzymał i mało brakowało, a wpadłabym na niego.
Rozkojarzona rozejrzałam się wokół.
Daleko w tyle widać maleńkie domki i szpiczaste dachy kapliczek.
Wokół nas znajdują się rozległe zielone łąki i pola.
Słońce nisko wisi już nad choryzontem, a jego padające promienie sprawiają, że chmury w pobliżu zmieniły barwę na bladoróżowy.
Przed nami znajduje się wielkie, bardzo stare i rozłożyste drzewo.
- Dlaczego tu jesteśmy? - starałam się przerwać cisze.
Po krótkim wahaniu odwrócił się w moją stronę, jednak cień padał prosto na jego twarz i nie potrafiłam go rozpoznać.
- Przysłano mnie tu, bym ci pomagał. Skierował na dobrą drogę. - usłyszałam lekko zachrypnięty głos.
Gdzieś go już słyszałam. I to niedawno.
- Niedługo staniesz przed wielkim wyborem. Jednak muszę cię przestrzec. Nim ten dzień nadejdzie, jesteś w dużym niebezpieczeństwie. Są ci którzy polują na ludzi, a zwłaszcza na takich jak ty. Każą złożyć sobie przysięge, a potem wysysają z ciebie całą energie. Oni tym się karmią. Przysłano mnie tu, bym ci pomagał - powtórzył - będę cię strzec, na tyle ile będę mógł. Jeżeli będziesz mnie potrzebować - pojawię się.
Muszę przyznać, zatkało mnie.
- Ja, ja dziękuję - nie wiedziałam co powiedzieć - a czy... powiesz mi kim jesteś?
- Jeszcze nie nadszedł czas. Bądź cierpliwa. A teraz wracaj do domu i niczym się nie martw. Jestem zawsze przy tobie.
- Ale.. - zaczęłam, lecz uciszył mnie machnięciem ręki.
- Powiedziałem w swoim czasie.
Odwrócił się na pięcie i zaczął się oddalać.
Chwilę patrzyłam jak odchodzi. W końcu westchnęłam i usiadłam pod drzewem, podciągając kolana pod brodę.
Kim on do cholery jest?
Wpierw za mną wszędzie chodzi, następnie okazuje się, że jest tu po to by mi pomagać.
Jednak jest w nim coś takiego, co pozwala mi mu zaufać.
Jest w nim coś takiego znajomego... zwłaszcza ten głos.
Nie wiem kiedy, ale zasypiam.
Śnią mi się ludzie w ciemnych pelerynach, ociekających szkarłatną krwią.
Słyszę ich śmiech. Są coraz bliżej. Słyszę krzyki, jęki, wołanie przepełnione bólem.
Przestraszona próbuję uciekać. Nagle znajduję się w ciemnym lesie. Wokół wystaje pełno, różnej wielkości korzeni. O jeden się potykam i upadając tracę przytomność.
Zaczynam pomału mrugać oczami, starając się zobaczyć cokolwiek w tych grobowych ciemnościach.
Wystraszyłam się nie na żarty.
Musi być już bardzo późno, pewnie dziadkowie się martwią.
Przejeżdżam ręką wokół, by wyczuć gdzie znajdują się korzenie.
Jednak czuję tylko coś przyjemnie miękkiego.
Zaraz... Czy to pościel?
Siadam i mrużę oczy, by coś zobaczyć.
Po pewnym czasie zaczynam zauważać zarys mebli. Sięgam ręką do lampki nocnej i zapalam światło. Zaślepiona na chwilę przykładam dłoń do oczu i dopiero, kiedy przyzwyczjam się do światła, zaczynam rozglądać się po pomieszczeniu.
Zaraz. To przecież mój pokój. Niedaleko poduszki leży poskładana w kwadracik kartka. Kiedy ją rozłożyłam ujrzałam starannym pismem napisane kilka zdań: "Następnym razem, nie radzę zasypiać pod drzewem. Możesz się przeziębić od wilgotnej ziemi. Zawsze ci pomogę, kiedy będziesz mnie potrzebować. U.".
~~
Następnego dnia w szkole było w miarę normalnie, do czasu.
Czułam się lekko zawstydzona, kiedy w pobliżu był Uriel. Od naszej wczorajszej rozmowy w szatni, nie zamieniłam z nim ani słowa, chociaż na lekcjach czułam jego taksujący wzrok wbity w moje plecy. Jamesa nie było dzisiaj w szkole. Tęsknię za nim, jednak czuję, że nasze relacje nie będą takie jak dawniej. Zależało mi na nim, lecz odkąd się pokłóciliśmy, on zaczął oglądać się za innymi panienkami. Widocznie uważał nasz związek za zabawę. Teraz zaczynam też mieć wątpliwości czy na pewno jest moim aniołem stróżem. Z klasy najbardziej zaprzyjaźniłam się z Ruggero i Alice, z którą siedzę na kilku przedmiotach.
Właśnie była geografia, którą mamy z wicedyrektor,kiedy drzwi do sali otworzyły się z impentem. Do środka wparowała pani sprzątaczka. Była blada jak ściana, a po jej twarzy spływał pot.
- Pali się - zdążyła tylko wyjąkać i zemdlała.
W klasie zapanował wielki bałagan. Przestraszeni zaczeliśmy panikować, ale nauczycielce, jakimś cudem, udało się nad nami zapanować.
- Wszyscy na zewnątrz. David biegnij do sekretariatu, by ogłosili alarm. Weźcie najpotrzebniejsze rzeczy i udajcie się lewą stroną schodów, na boisko szkolne. Wy dwaj - wskazała na dwóch chłopaków, których imion nie pamiętam - pomóżcie mi zabrać sprzątaczkę.
Usłyszeliśmy pięć długich sygnałów dzwonka i wyszliśmy z sali, wchodząc w tłum uczniów, którzy wychodzili z sal.
Kiedy znaleźliśmy się na boisku, przytuliłyśmy się z Alice, ponieważ tamten dzień nie należał do zbyt ciepłych.
W oddali słychać było wycie syren.
Krzykneliśmy przerażeni kiedy szyba, w sali biologicznej, spadła na ziemię, roztrzaskując się w drobny mak. Ze środka buchnęły płomienie.
Nagle ktoś przebiegł obok mnie. Otworzyłam szeroko oczy. Zaraz. Czy to był James?

Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam :( Za to, że rozdział krótki, że długo go pisałam, że nie dzieje się nic ciekawego. Ale zrozumcie... szkoła :( Ostatnia klasa, multum nauki, no i czasowy brak weny. Nie wiem kiedy będzie następny rozdział. Jednak kiedy go napiszę dam wam znać. Podawajcie mi swoje aski w kom albo tu: https://m.ask.fm/lovciamoszecha . Buziaki :*



sobota, 29 sierpnia 2015

Rozdział 12

Wokół była  jasność.
Delikatnie zmrużyła oczy i zobaczyła przed sobą złotą bramę. Niepewnym krokiem ruszyła w jej stronę. Kiedy była już dostatecznie blisko, ta otworzyła się z cichym skrzypnięciem.
- Co tutaj robisz, Rosalio - usłyszała melodyjny głos.
Rozejrzała się za jego właścicielem. Był to wysoki, złotowłosy mężczyzna. Delikatnym krokiem zmierzał w jej stronę.
Zdziwiona przystanęła.
- Kim jesteś? - wyszeptała, kiedy zbliżył się do niej.
- Nie poznajesz mnie?
Dziewczyna uważnie mu się przyjrzała i zdrętwiała.
Brakowało mu tylko skrzydeł.
- Ga-Gabriel? - wyjąkała zszokowana.
- Dlaczego jesteś taka zdziwiona? Nie masz do mnie żadnych pytań?
Zastanowiła się przez chwilę.
- Mam jedno... najważniejsze - zaczęła - czy ja.. czy ja naprawdę jestem twoją córką?
- A co ci podpowiada serce? - wyszeptał.
Nagle wszystko zaczęło się rozmazywać, a kolory mieszać.
Czuła się taka lekka i spokojna.
Co podpowiadało jej serce?
Mówiło, że jest córką potężnego anioła, a James został jej aniołem stróżem.
Nagle powróciło do niej wspomnienie, feralnego dnia, kiedy powiedział jej, że nie mogą się spotykać.
Pojedyncze łzy zaczęły spływać jej po policzkach.
Wtem usłyszała jak ktoś wymawia jej imię.
Ta osoba musi być bardzo daleko, ponieważ głos jest bardzo przytłumiony.
Rosalia otworzyła oczy, które natychmiast zamknęła.
Oślepiło ją jasne światło.
- Rosie? - zabrzmiał w jej głowie zatroskany kobiecy głos.
Z wielkim trudem, ponowiła próbę otwarcia oczu.
Zobaczyła biały sufit nad głową, z niewielką lampą.
Delikatnie odwróciła głowę w lewą stronę.
Poczuła ból z tyłu głowy i nieznacznie się skrzywiła.
- Kochanie jak się czujesz? - para niebieskich oczu wpatrywała się w nią czujnie.
- W - w porządku - odpowiedziała siadając - gdzie jest dziadek?
- Obchodzi dom do okoła i sprawdza czy wszystko jest zamknięte.
Dziewczyna zamknęła oczy i zadrżała.
W głowie, wciąż krążył głos, tego psychopaty.
Kim on był? Czego od niej chciał?
Czuła się taka zagubiona.
Chciała by była teraz przy niej mama. Przytuliłaby, pocieszyła. Zawsze wiedziała co jest dla niej dobre.
Ale jej teraz nie ma.
Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku.
Co ty robisz? , skarciła się w duchu, jestem silna.
Spojrzała na nonnę, która w dalszym ciągu spoglądała w jej stronę.
- Już jest dobrze - powiedziała Rosalia, delikatnie się uśmiechając.
Pomału uniosła się na nogach.
- To może pójdę już do siebie. Jestem zmęczona, a jutro jest mój pierwszy dzień w szkole.
- Na pewno dobrze się czujesz? - zapytał dziadek, wchodząc przez drzwi.
- Tak - westchnęła.
Szczelnie zamknęła za sobą drzwi i otworzyła okno.
Zrobiła głęboki wdech.
Zabolało ją gardło.
Wypuściła powietrze przez usta.
Zabolała ją głowa.
- Dlaczego ja? - szepnęła w ciemność za oknem - dlaczego nie mogę być zwykłą dziewczyną?

~~

Zadzwonił budzik.
Rosalia niechętnie otworzyła czerwone oczy.
Pół nocy nie spała i jeszcze musi iść do szkoły, gdzie (niestety) będzie też James.
Ruszyła w stronę łazienki, gdzie wykonała poranną toaletę.
Schodząc do kuchni na śniadanie, przyłożyła ucho do sypialni dziadków.
Usłyszała pochrapywanie dziadka i delikatny oddech babci.
- Tym lepiej, że śpią - mruknęła do siebie podchodząc do półki i wyjmując z niej paczkę płatków śniadaniowych.
Kątem oka zerknęła na zegar ścienny.
7.20
Musi się pośpieszyć.
Dziś nie ma kto ją podwieźć.
Zrobiło się jej słabo, na wspomnienie niespodziewanego gościa.
Kim był, i czego od niej chciał?
Po jej plecach przeszedł delikatny dreszcz.
Szybko skończyła swoją porcję, a talerz wrzuciła do zmywarki.
Żwawym krokiem ruszyła do pokoju się ubrać.
Właśnie kończyła rozczesywanie włosów, gdy odezwał się telefon.
Rzuciła okiem na wyświetlacz i odebrała.
- Witam śpiącą królewnę - zaczął głos po drugiej stronie.
Rosie szeroko się uśmiechnęła.
- Już się stęskniłeś?
- Bardzo - zaśmiał się - rusz tyłek, bo czekam przed twoim domem, dobre piętnaście minut.
- Co? Nie musiałeś - powiedziała lekko zawstydzona.
- Musiałem. Pośpiesz się.
Odłożyła telefon i spojrzała w lustro.
Zdrętwiała.
Zauważyła cień wysuwający się z pokoju.
Głos stanął jej w gardle.
Z transu wybudził ją sygnał sms-a.
Nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na telefon.
"Czekam" - wiadomość od Rugga.
Odetchnęła cała piersią.
Narazie będzie bezpieczna.
- Cześć - uśmiechnęła się słodko, wchodząc do auta.
- Hej - mruknął.
- Coś nie tak?
Roześmiał się.
- Jak bym wiedział, że tyle będziesz się zbierać to bym przyjechał później.
- Przepraszam - odetchnęła z ulgą - przepraszam, że pan książę tyle się naczekał.
- Książę? - zapytał z kpiną w głosie.
Droga do szkoły minęła im szybko i wesoło.
Gawędząc weszli do szkoły.
W pewnym momencie, Rosalia przestała zwracać uwagę na drogę i wpadła na kogoś.
- Patrz jak łazisz - warknął blondyn.
- Sory - mruknęła.
Chłopak obrzucił ją kpiącym spojrzeniem i odszedł.
- Idiota jakiś - zwróciła się do Ruggera.
- To Uriel. Chodzi z nami do klasy - powiedział grobowym głosem.
- Uriel? - ściągnęła brwi.
- Tak. Znasz go?
- Tak, znaczy nie - zająknęła się - ale chyba już się z nim kiedyś widziałam. Zresztą nie ważne , chodźmy.
Kiedy byli w pobliżu klasy, zauważyła Jamesa, stojącego w grupce, składającej się głównie z dziewczyn.
Rosalia poczuła jak wszystko się w niej gotuje.
Przyśpieszyła kroku wchodząc do klasy.
- Gdzie siedzimy?
- Na końcu po lewej - odpowiedział jej lekko zachrypnięty głos.
- Nie ciebie się pytałam - warknęła, patrząc w stronę Uriela.
Jednak on tylko się zaśmiał i ruszył w stronę swojej ławki,specjalnie szturchając Rose ramieniem.
- Dupek - syknęła w jego stronę, na co ten jeszcze bardziej się roześmiał.
Poczuła jak ktoś ciągnie ją za łokieć, w stronę tylnich ławek.
Spróbowała się wyszarpnąć, ale nic to nie dało.
- Ej, co ty robisz? Przecież miałaś siedzieć ze mną.
Nieprzytomnie zamrugała oczami.
- Oh to ty. Sorka, myślałam, że ktoś inny mnie ciągnie.
- Spokojnie twój chłopak... nie chłopak - szybko się poprawił, kiedy rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie - nawet nie zauważył, że przyszłaś. Widocznie jest bardzo zajęty - zakpił unosząc brwi do góry.
Pierwsze trzy lekcje minęły jej szybko, bez poważnych problemów. Jednak czuła na sobie czyjś wzrok.
Siedząc na stołówce z Ruggero i trzema innymi dziewczynami, które niedawno poznała, usłyszała w głowie męski głos.
"Jestem niedaleko."
Zakrztusiła się spożywaną przez siebie kanapką.
Z szeroko otwartymi oczami rozejrzała się po stołówce.
I znowu to poczuła.
Kogoś oczy przewiercały jej plecy na wylot.
- Uriel cały czas się na ciebie gapi - usłyszała cichy szept Katie.
- Co?! - jeszcze raz przeczesała wzrokiem jadalnie.
Rzeczywiście.
Jego orzechowe oczy, obserwowały każdy jej ruch.
- Chyba wpadłaś mu w oko - zapiszczała podniecona Alice, przez co Rugg posłał jej mordercze spojrzenie.
- Dajcie spokój - Rosalia machnęła lekceważąco ręką, jednak poczuła dziwnie przyjemne ciepło, rozlewające się po jej ciele.

~~

Kilka godzin później, Rose schodziła po schodach prowadzących do szatni.
Z daleka ujrzała umięśnioną sylwetkę Uriela.
Stanęła w miejscu jak sparaliżowana.
Rozwarzała dwa wyjścia.
Albo odwróci się na pięcie, odejdzie i poczeka aż ten sobie pójdzie, albo nie okaże się tchórzem i wejdzie do środka, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi.
W końcu wybrała tę drugą opcję.
Wolnym, lekceważącym krokiem ruszyła w stronę szafek.
Chłopak rzucił jej tylko przelotne spojrzenie i wrócił do przerwanej czynności.
Rosalia odetchnęła z ulgą wkładając książki do półki, a zabierając z tamtąd swoją skórzaną kurtkę. Z hukiem zatrzasnęła drzwiczki i podskoczyła przerażona. Obok niej, stał w niedbałej pozie blondyn.
- Czego chcesz? - warknęła.
- Nic tak patrzę. Cały czas się zastanawiam jak taka niezdara jak ty, zeszła ze schodów i z nich nie spadła.
Zdenerwowana próbowała go wyminąć, jednak jej na to nie pozwolił.
Oparł się dłońmi o szafki, po obydwu stronach dziewczyny i zbliżył swoją twarz do jej.
Od jego zapachu zakręciło jej się w głowie.
Rose wstrzymała oddech.
- Nie uciekniesz ode mnie. Mam cię na oku - wysyczał.
Mocno zacisnęła powieki. Kiedy znowu je otworzyła, Uriela nigdzie nie było.
- Rosie?! - usłyszała wołanie Alice.
- Już idę! - odkrzyknęła i szybkim krokiem wyszła z szatni.
Razem z Katie i Alice wybrały się na małe zakupy.
Przeglądając ciuchy wiszące na wieszakach, zauważyła jak ekspedientka nie spuszcza z nich wzroku.
- Katie - szepnęła - dlaczego ta kobieta się na nas tak patrzy?
Wystarczył szybki rzut okiem, by ta pobladła.
- Lepiej z tąd chodźmy - wyszeptała Alice - słyszałam o niej. Jest nowa w mieście i każdemu uważnie się przygląda. Nieraz za wybraną osobą chodzi krok w krok. To jakaś psychopatka.
Starając się nie wzbudzać żadnych podejrzeń, wolno wyszły ze sklepu.
Dziewczyny zaczęły ożywioną dyskusję na temat dziwnej kobiety, jednak uwagę Rose przykuło coś innego.
Kawałek dalej stała znajoma postać w kapturze.
Nagle się odwróciła i zaczęła iść w stronę pól.
Rosalia szybko pożegnała się z przyjaciółkami i poszła za nieznajomym.

I wreszcie jest :) Przepraszam, że tak długo to trwało ale rozumiecie - wakacje. Następny rozdział postaram się napisać, jak najszybciej. 
Swoje opinie wyrażajcie w komentarzach :)
Pamiętajcie komentarz = motywacja.

czwartek, 9 lipca 2015

LBA #1

Dziękuję Clarissie Adele Morgenstern z bloga: http/jaceiclaryczylimiloscktorauskrzydla.blogspot.com/2015/07/lba-3.htm za nominację do LBA.



1. Twoja ulubiona męska postać z DA.
- Jace Herondale.
2. Twoja ulubiona damska postać z DA.
- Isabelle Lightwood.
3. Jaką muzykę lubisz, a jakiej nie znosisz?
- Tak naprawdę nie mam wybranych. To co wpadnie mi w ucho, tego słucham.
4. Malec czy Clace?
- Kurcze ciężki wybór. Ale raczej na pierwszym miejscu postawię Clace.
5. Co jest dla ciebie motywacją?
- Motywacją sa dla mnie moje własne upadki, błędy.
6. Ulubione zwierzę?
- Najbardziej kocham konie. To moje całe życie :)
7. Ulubiony kwiat?
- Róże oraz goździki.
8. Jaki gatunek książek czytasz?
- Przygodowe, fantastyczne, historyczne, thrillery.
9. Chciałabyś napisać książkę?
- Bardzo :)
10. Ulubiony cytat/motto/powiedzonko
- Ciężko było wybrać tylko jeden :)
"Chciałbym Cię nie nawidzić.
Chcę Cię nienawidzić.
Próbuję Cię nienawidzić.
Byłoby o wiele łatwiej, gdybym Cię nienawidził.
Czasami myślę, że Cię nienawidzę, a potem Cię spotykam i ..." ~ Jace Herondale.
11. Gdybyś był Nefilim, wolałabyś mieć za trenera Jace'a Herondale'a czy Willa Herondale'a?
- Bez whania bym wybrała Jace'a :)

Teraz ja pytam :)

1. Od jak dawna prowadzisz bloga?
2. Jaką książkę ostatnio przeczytałeś?
3. Co jest twoją motywacją?
4. Co cię najbardziej cieszy w blogowaniu?
5. Ulubiony film?
6. Ulubiona książka?
7. Ulubiony gatunek muzyczny?
8. Ulubiona postać książkowa/filmowa?
9. Twoje największe marzenie?
10. Jakie miasto chciałabyś odwiedzić?


Nominacji nie będzie za dużo :)

Nominuję:

1. http://the-mortal-instruments-my-story.blogspot.com/?m=1
2. http://lucja1289.blogspot.com/?m=1
3. http://kindascarystory.blogspot.de/?m=1